Pokłady


Gry komputerowe

Gry towarzyskie

Kultura

TESGIR
Najlepsze miejsce dla fanów fantastyki

[Inquisition] Recenzja


Dodał dnia 21.08.2018 do Dragon Age (seria). Brak komentarzy.

Do tej recenzji, przyznam się, zabierałem się jak pies do jeża; trzecią odsłonę „Dragon Age’a” skończyłem bowiem już ponad dwa miesiące temu, a jej opis do tej pory na Tesgirze się nie pojawił. Trochę przypomina to sytuację z samą grą, która też przeleżała na moim koncie Origin spory kawałek czasu, zanim ją wreszcie uruchomiłem. Powodem takiego stanu rzeczy był „Mass Effect: Andromeda”, a raczej mizerna jakość tej produkcji, do której „Inkwizycja” w opinii wielu miała być bardzo podobna – nie chciałem ponownie przeżyć tak wielkiego rozczarowania, bowiem zarówno „Origins”, jak i „Dragon Age 2” bardzo lubię i cenię. W końcu przyszedł jednak czas na werdykt, czy najnowsza część fantasy cRPG od BioWare kontynuuje wysoką jakość poprzedniczek, czy też wzorem ostatniego „Mass Effecta” nie dorasta im do pięt. Zapraszam.

Fabularnie, „Dragon Age: Inquisition” kontynuuje wątki rozpoczęte w „Dragon Age II”. Bunt magów w Kirkwall, mimo że wyglądał na lokalny konflikt, okazał się mieć olbrzymi wpływ na Kręgi na południu kontynentu, które jeden po drugim deklarowały niezależność od Zakonu. W związku z brakiem zdecydowanych działań Boskiej w tej kwestii, także templariusze wypowiedzieli posłuszeństwo Zakonowi i rozpoczęli zakrojone na szeroką skalę łowy na magów, co wkrótce ewoluowało w nieomal otwartą wojnę, znacznie destabilizując sytuację w Fereldenie i Orlais. Żeby pogodzić zwaśnione strony, Boska Justynia zwołała w wiosce Azyl Konklawe, na którym odbyć miały odbyć się rozmowy pokojowe, jednak tuż przed jego rozpoczęciem miejscem zgromadzenia wstrząsnął potężny wybuch, w którym zginęli niemal wszyscy uczestnicy spotkania. Wspomniana eksplozja nie tylko spowodowała wielkie zniszczenie, ale i otworzyła na niebie Wyłom do Pustki, który to z kolei spowodował pojawienie się Szczelin, czyli bram, przez które do prawdziwego świata zaczęły przybywać zastępy demonów. Jedynym ocalałym z katastrofy jest twój bohater, który w naturalny sposób staje się głównym podejrzanym o jej spowodowanie; jednocześnie, jest on także jedyną nadzieją na zamknięcie Wyłomu, na jego dłoni pojawiło się bowiem tajemnicze znamię mogące wpływać na Szczeliny. Wraz z reaktywowaną ostatnim edyktem Boskiej inkwizycją musisz więc odkryć, kto stoi za niedawnymi wydarzeniami oraz naprawić ich skutki, które grożą zniszczeniem Thedasu takiego, jakim go znamy.

Przygoda zaczyna się oczywiście od stworzenia awatara gracza w świecie gry, a chociaż kreator postaci nie oferuje tylu wyborów, co w „Origins”, jest ich wciąż więcej niż w „Dragon Age II”. Do gry powrócił wybór rasy i pochodzenia, chociaż tym razem są one ze sobą jednoznacznie powiązane – możemy więc zagrać ludzkim szlachcicem (albo magiem z Kręgu o szlacheckim rodowodzie), elfem dalijskim, krasnoludem z Kartelu oraz, i to jest nowość, Tal-Vasothem, czyli qunarim nie wyznającym zasad qun. Klasy wciąż są trzy – wojownik, łotrzyk i mag – ale tym razem w przypadku dwóch pierwszych wybieramy także początkowy styl walki: broń i tarczę lub oręż dwuręczny dla wojów oraz dwie bronie albo strzelectwo dla łotrów. Początkowa liczba opcji jest więc zadowalająca, ale później okazuje się, że profesje są dosyć kiepsko zaprojektowane. Najgorzej wychodzi to w przypadku czarodziejów, którzy w zasadzie utracili jakiekolwiek czary poza magią raniącą (taki charakter mają trzy z czterech ich drzewek; ostatnie jest defensywne, a żadne kontrolne), ale i pozostałe klasy mogłyby być lepiej przemyślane (wojownicy wręcz muszą inwestować w jedną z oferowanych im dziedzin, a specjalizacje łotrzyka wołają o pomstę do nieba). Nie jest to coś, co bardzo przeszkadza w rozgrywce, początkowo można jednak tęsknić do lepszych systemów z poprzednich części serii.

Nasz bohater oczywiście nie będzie w świecie gry osamotniony i wzorem poprzednich części podczas rozgrywki dołączy do niego szereg towarzyszy. Tym razem jest ich w zasadzie aż dwanaścioro (aczkolwiek troje z nich nie będzie towarzyszyć nam w poszukiwaniu przygód, a pełnić funkcję doradców, ale o tym za chwilę), a z każdym możemy co jakiś czas pogadać, dowiadywać się o nich nowych rzeczy, wejść w przyjacielskie lub miłosne relacje – innymi słowy, biowarowy standard. Większość kompanów Inkwizytora (chyba nie będzie żadnym spoilerem, jak powiem, że w pewnym momencie zdobywamy ten tytuł) to nowe postacie, chociaż wracają też starzy znajomi – w drugiej grupie mamy Varrica (okropnie tym razem upięknionego, hejtuję tę zmianę), Lelianę, Cullena (templariusza z Kirkwall) i Cassandrę Penthaghast (panią, która przesłuchiwała Varrica w DA2), w pierwszej z kolei m.in. qunarskiego najemnika Iron Bulla, elficką łotrzycę Serę czy tevinterskiego maga Doriana. Na towarzyszy narzekałem przy okazji DA2, tym razem jednak nie mogę o nich złego słowa powiedzieć – to bardzo interesująco napisane postacie, z których część potrafi nas naprawdę zaskoczyć, a chociaż nie wszystkich polubiłem (Sera np. jest moim zdaniem cholernie irytująca, chociaż cieszy się sympatią wielu innych graczy), to jednak nie mogę powiedzieć, bym względem któregoś pozostał obojętny, a to najważniejsze.

Rozmowy rozmowami, ale jednak główna część gameplayu dzieje się „na misjach”, których w grze jest kilka rodzajów. Punkt pierwszy to oczywiście misje główne, podczas których popychamy do przodu wiodącą linię fabularną, bardzo swoją drogą ciekawą – czeka nas między innymi wizyta w Val Royeaux, starcie z tevinterską sektą czy bal u cesarzowej. Zadania te są w gruncie rzeczy liniowe i niezbyt długie, ale za to możemy podjąć podczas z nich kilka kluczowych dla rozwoju historii decyzji, a część z nich jest naprawdę trudna i niejednoznaczna moralnie; moim zdaniem pod tym względem „Inkwizycja” to najlepsza z dotychczasowych produkcji BioWare. Podobną konstrukcję, jak misje główne, mają także zadania naszych towarzyszy, do otrzymania których niejednokrotnie wymagany jest pewien stopień zażyłości z naszymi kompanami; punkty wpływu standardowo otrzymujemy za podejmowanie w trakcie gry wyborów zgodnych z przekonaniami danej osoby (tym razem, niestety, nie ma bonusów za bardziej antagonistyczne relacje, jak to bywało w DA2), przy czym w wypadku doniosłych wydarzeń relacje z drużyną mogą się poprawić lub pogorszyć nawet wtedy, gdy danego jej członka nie było wtedy z nami – i bardzo dobrze, bo dzięki temu dobór ekipy nie ogranicza budowania relacji z rzadziej „wykorzystywanymi” kompanami.

Drugi rodzaj misji to operacje wykonywane przy stole wojennym. Ich mechanika wywodzi się z gier przeglądarkowych i polega na tym, że musimy poświęcić pewną ilość czasu na wykonanie danego zadania, by otrzymać w zamian większą lub mniejszą nagrodę – przy czym zarówno jedno, jak i drugie często zależy od tego, które z rozwiązań proponowanych przez naszych doradców (których, jak wspomniałem, jest troje: Cullen od spraw wojskowych, Leliana od szpiegowskich i nowa postać, Josephine – najśliczniejsza babeczka w grach BW – od dyplomatycznych) zdecydujemy się wprowadzić w życie. Przykładowo, pomniejszy szlachcic prosi nas o pomoc w wypędzeniu z jego ziem uchodźców. Jeden z doradców radzi nam mu pomóc, inny zignorować, a trzeci wspomóc tych ostatnich – w pierwszym wypadku zdobędziemy nieco złota za asystę, w drugim nic, a w trzecim wpływy wynikające z wdzięczności biedaków, których wspomogliśmy. Niestety, wspomniany czas często jest bardzo długi (rekord to chyba 24 godziny, ale bywają i misje 20-minutowe), a nagrody rzadko naprawdę użyteczne; na szczęście system ten możemy także kompletnie zignorować, gdyż nie ma on żadnego wpływu na fabułę produkcji (czy też pobrać moda, który skraca wymagany czas do 0:00). Szkoda tylko, że operacjami nie możemy zarządzać z poziomu przeglądarki lub aplikacji, co moim zdaniem w tym wypadku sprawdziłby się dużo lepiej.

Trzeci, a przy tym ten, przy którym spędzimy najwięcej czasu, rodzaj misji to operacje zwiadowcze. Podczas ich trwania zostaniemy rzuceni na pewien obszar, który możemy dowolnie eksplorować, szukając przy tym przeciwników do zabicia, podziemi do zbadania, przedmiotów do zabrania i tym podobnych. Misje te, nie da się ukryć, spowodowały, że padł na mnie blady strach – osobiście nie lubię otwartych światów (a to takie otwarte światy w skali mikro), a zwiedzanie planet w „Andromedzie” tylko mnie męczyło. Tym bardziej zdziwiło mnie, że eksploracja obszaru (a raczej obszarów) gry nie była dla mnie zbyt uciążliwa, a momentami sprawiała nawet niejaką frajdę – są one rozsądnych rozmiarów, a poszczególne „miejsca interakcji” nie leżą zbyt daleko od siebie, przez co stosunkowo mało czasu tracimy na „puste” wędrówki z miejsca na miejsce. Na plus zaliczyć należy także zróżnicowanie klimatyczne odwiedzanych miejscówek – mamy tu zarówno zielone lasy, piaszczyste pustkowia, smagane falami i deszczem wybrzeże czy naprawdę udane bagna. Wciąż wolę korytarzowe lokacje a’la DAO i DAI nie spowoduje nagle, bym polubił otwarte światy, ale jednak „Inkwizycja” wykorzystuję ten model rozgrywki o wiele lepiej niż „Andromeda” i aż dziw, że to ta ostatnia produkcja jest młodsza z tej pary.

Oczywiście, podczas naszych wędrówek natkniemy się na sporą liczbę przeciwników, których będzie trzeba wyeliminować. Największy szok czeka nas na etapie przygotowania do nich, bowiem ekran taktyki, który znaliśmy z poprzednich „Dragon Age’ów” tutaj w zasadzie nie istnieje – możemy jedynie włączyć/wyłączyć używanie poszczególnych mocy przez AI oraz ustalić, przy jakim poziomie zdrowia kompan będzie sięgać po eliksiry leczące. Początkowo byłem wściekły na takie rozwiązanie, bo system taktyki uważałem za jedną z największych zalet serii, szybko zrozumiałem jednak, że tym razem taki sposób by się po prostu nie sprawdził. Walki w „Inkwizycji” różnią się bowiem od tych z jedynki czy dwójki: są bardziej kameralne (pod względem liczby uczestników), szybsze (biorąc pod uwagę zarówno tempo poruszania się i ataku, jak i prędkość odzyskiwania many/wytrzymałości) i mniej złożone taktycznie – niestety, jednocześnie są wyraźnie gorsze i bardziej chaotyczne (a początkowo także długie, gdyż zadawane obrażenia są niewspółmiernie niskie do posiadanej liczby „hapeków”, potem się to jednak nieco wyrównuje). Przeszkadza także respawn wrogów, bo czasem wystarczy przejść dosłownie parę kroków lub tylko się obrócić, by dopiero co pokonani przeciwnicy pojawili się ponownie. Zarzuty te nie dotyczą jednak pojedynków ze smokami, których tym razem stoczymy aż dziesięć. Walki z gadami zawsze są długie i trudne oraz wymagają od nas dobrego ustawienia drużyny/ekwipunku i rozsądnego używania przedmiotów jednorazowych – co prawda z czasem nauczymy się radzić sobie i z takimi oponentami, trzeba docenić jednak starania twórców o ich zróżnicowanie, choćby pod względem wyglądu przeciwnika i miejscówki, którą zamieszkuje, różnorodnych ataków, rozmaitych utrudniaczy (typu pomagające matce młode) itp. Gwarantuję, że zabójstwo pierwszego smoka zapewni Wam sporą dawkę adrenaliny i olbrzymią frajdę i aż będziecie chcieli zrobić sobie zdjęcie przy truchle ubitego gada.

Warto także wspomnieć nieco o ekwipunku. Da tych, którzy narzekali w DA2, że nie mogą modyfikować zbroi towarzyszy mam dobrą wiadomość: tym razem mamy pełną kontrolę nad tym, co ubierają nasi kompani, aczkolwiek należy zaznaczyć, że wygląd pancerza czasem mocno się zmienia w zależności od tego, kogo weń ubierzemy – w pełni rozumiem taką decyzję, która wydaje mi się dobrym kompromisem pomiędzy możliwością kustomizacji wyposażenia a zachowaniem zaprojektowanego przez twórców stylu ubrań towarzyszy. Mamy tutaj także rozbudowany system craftingu, a chociaż ogólnie nie lubię tej mechaniki, ponownie muszę przyznać, że „Inkwizycja” podeszła do niej nad wyraz sprawnie – ot, choćby taki drobiazg, że sami wybieramy używany materiał i slot, w który weń wkładamy, co zmienia nie tylko statystyki produktu finalnego, ale i jego wygląd. Jednocześnie, w grze można spokojnie poradzić sobie bez zajmowania się tworzeniem własnych przedmiotów i w całości opierać się na znalezionych lub zdobytych na wrogach łupach – ponownie, to nie „Andromeda”. Jedynym wyjątkiem jest alchemia, gdyż mikstury musimy produkować sami, bardziej przypomina to jednak kupno niż crafting, bo nie trzeba przejmować się mieszaniem składników, tylko po prostu płacimy za wywary i ulepszamy je przy pomocy innej niż złoto waluty.

Na koniec oczywiście warto parę słów poświęcić oprawie audiowizualnej. Muzyka w tej grze jest genialna, a śpiewanych w tawernach pieśni mógłbym słuchać godzinami, co zresztą robię; do tego stopnia, że wiele znam już na pamięć (ze śpiewaniem idzie mi jednak średnio, bo ich linie melodyczne bywają dość skomplikowane). Graficznie także jest bardzo dobrze, a wiele widoków po prostu zachwyca – polecam wspiąć się czasem na wysoką górę i zachłysnąć tym, co widzimy. Również wyglądowi i mimice twarzy nie można wiele zarzucić, chociaż animacji ciała już tak, co dotyczy jednak wyłącznie żeńskich Inkwizytorek, które podczas cutscenek mają tendencję do używania męskiego sposobu poruszania się, co nie wygląda zbyt dobrze. Oczywiście, aktorzy głosowi spisali się bez zarzutu, chociaż zdecydowanie wolałem to, w jaki sposób Varric był odgrywany poprzednio (ponownie hejtuję).

Podsumowując, „Dragon Age: Inquisition” to bardzo udana produkcja, w którą gra się naprawdę przyjemnie, nawet jeśli nieco gorzej niż w poprzednie odsłony serii. Zastanawiam się więc, co takiego stało się BioWare, że mimo iż „Mass Effect: Andromeda” był ewidentnie inspirowany „Inkwizycją”, jest od niej pod każdym względem dużo gorszy. Z niecierpliwością czekam więc na kolejną odsłonę „Smoczej Ery” i wprost nie mogę się doczekać, jak dalej rozwinie się historia Thedas.

Ocena: Bardzo dobra.
  • Ciekawy wątek główny.
  • Bardzo dobrze rozpisane postaci towarzyszy.
  • Całkiem przyjemna eksploracja świata.
  • Dobry system ekwipunku i craftingu.
  • Genialna oprawa muzyczna.
  • Przyjemna dla oka grafika.
  • Klasy mogłyby być zaprojektowane lepiej.
  • Walki są wyraźnie gorsze niż w poprzednich częściach.
  • Operacje wojenne nie spodobają się każdemu.
  • Co oni zrobili z Varriciem?!

Komentarze


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 *