Pokłady


Gry komputerowe

Gry towarzyskie

Kultura


TESGIR
Najlepsze miejsce
dla fanów fantastyki

T E S G I R
N a j l e p s z e m i e j s c e d l a f a n ó w f a n t a s t y k i

[Recenzja] Shazam!


Dodał dnia 14.11.2020 do Filmy. Brak komentarzy.

Jak wszyscy wiemy, filmowe uniwersum DC rodziło się w bólach. W czasach, w których Marvel miał już swoich Avengersów, DC dopiero startowało, próbując zrobić w gruncie rzeczy to samo, tylko inaczej i generalnie mówiąc ponosząc porażkę za porażką – „Man of Steel” dało się jeszcze oglądać, ale „Batman v Superman” i „Justice League” były wręcz boleśnie złe. Obecnie jednak sytuacja jest zgoła odmienna: chociaż Disney pozamiatał za sprawą „Infinity War” (najlepszy film komiksowy w historii, który zapewne jeszcze długo będzie stanowił niedościgniony wzór) i „Endgame”, jego filmy o pojedynczych herosach zaczęły zjadać własny ogon. W tym samym okresie Warner Bros dość niespodziewanie wskoczył na falę wznoszącą, a nawet odniósł jedno ważne „zwycięstwo”: nie tylko jako pierwszy wypuścił nowoczesny film o kobiecej superbohaterce, ale także jego „Wonder Woman” w mojej opinii była dużo lepsza od „Captain Marvel”. Następny w kolejce „Aquaman” tylko potwierdził, że DC jest w stanie zrobić dobry film i wykreować znakomitego herosa. Jak w tym kontekście wypada „Shazam!”?

Zanim odpowiem na powyższe pytanie, krótkie streszczenie fabuły. Billy Batson jako mały chłopiec zgubił się w wesołym miasteczku i teraz usiłuje odnaleźć swoją biologiczną matkę, w międzyczasie sprawiając duże kłopoty systemowi opieki społecznej i licznym rodzinom zastępczym. Po kolejnym wyskoku trafia on pod opiekę państwa Vasquezów, którzy sami niegdyś byli w podobnym położeniu, a obecnie opiekują się piątką innych dzieciaków w różnym wieku. Wkrótce Billy, uciekając przed szkolnymi łobuzami zostaje przeniesiony do Skały Wieczności, gdzie czarodziej Shazam obdarza go niezwykłymi mocami – po wypowiedzeniu jego imienia, młody Batson zmienia się w dorosłego herosa – silnego, szybkiego i potrafiącego strzelać błyskawicami. Jego zadaniem staje się pokonanie złego Doctora Sivany – mężczyzny, który jako chłopiec został odrzucony przez czarownika i obecnie wraz z personifikacjami siedmiu grzechów głównych pragnie przejąć moce nowego czempiona magii.

Jakim filmem jest więc „Shazam!”? Filmem superbohaterskim, oczywiście, ale nie tylko, bo stanowi on mieszaninę naprawdę różnych stylów. Po pierwsze, jest to komedia, czasami nawet dość absurdalna, przez co czytałem opinie, że jest to odpowiedź DC na „Deadpoola” – nie ma tu kategorii R ani łamania czwartej ściany, ale jednak twórcy wyraźnie postarali się o to, by podczas seansu uśmiech nie schodził nam z twarzy; czasem wychodzi im lepiej, czasem oczywiście gorzej, ale ogólnie jest na plus. Po drugie, jest to film o dojrzewaniu i odpowiedzialności – mamy wszak młodego chłopaka, przed którym zostały postawione obowiązki dorosłego i musi on się z nimi zmierzyć. Po trzecie i być może najważniejsze, jest to film o rodzinie – brak miłości rodzicielskiej mocno wpłynął zarówno na głównego bohatera, jak i jego przeciwnika, a ten pierwszy ostatecznie zwycięża przede wszystkim nie za pomocą siły mięśni czy magicznych sztuczek (choć i to się przyda), a uświadomieniu sobie, że w rodzinie nie trzeba się urodzić – można ją także wybrać. Dzięki temu, chociaż film utrzymuje zasadniczo lekki ton, można się na nim również mocno wzruszyć i jestem bardzo ciekawy, jak odbierają go dzieciaki wychowujące się w domach dziecka czy rodzinach zastępczych. Dlatego też uważam, że generalnie film ten jest dobrze napisany i scenarzyście Henry’emu Gaydenowi należą się słowa uznania, nawet mimo kilku nieudanych scen (przede wszystkim tej, w której szkolne łobuzy celowo potrącają niepełnosprawnego chłopca samochodem – przecież coś takiego natychmiast zostałoby zgłoszone na policję i skończyło się wyrokiem) .

Jednak film może być tylko tak dobry, jak grający w nim aktorzy – w tym zakresie, „Shazam!” opiera się na trzech: Zacharym Levim w roli „Kapitana Gromopalcego”, Marku Strongu wcielającym się w dr. Sivanę oraz – dość niespodziewanie – Jacku Dylanie Grazerze jako Freddym Freemanie. Mimo młodego wieku, to ten ostatni kradnie każdą scenę, w której się pojawia, a chociaż rozedrgany i neurotyczny fan superherosów ma w sobie sporo z hipochondrycznego Eddiego z „It” (w którego wcześniej wcielił się aktor), to brak innych, równie znamienitych dziecięcych ról (bo Ahser Angel w roli Billy’ego nie wyróżnia się niczym specjalnym, poza tym, że wygląda jak młodszy brat Maise Williams) pozwala mu tym razem lśnić naprawdę jasno. Pochwalić trzeba także występ Leviego, który znakomicie odnajduje się w roli dziecka w dorosłym ciele, a jego entuzjazm jest wręcz zaraźliwy. Szkoda tylko, że wygląd nie do końca idzie w parze z rolą – nie wiem, czy to aktor tak przypakował, czy też został mocno „podreperowany” komputerowo (podejrzewam, że jedno i drugie), ale w swoim obcisłym wdzianku Shazam wygląda tak, jakby ktoś mu rękawy wypchał balonami. Wreszcie, chociaż dr Sivana to złoczyńca w dużej mierze bezbarwny, to jednak Mark Strong jest tak charyzmatycznym aktorem, że mógłby zagrać kromkę chleba, a i tak chciałoby się go oglądać. Pozostali wykonawcy niestety nie mają za wiele do roboty, a szkoda – rodzina Vasquezów ma duży potencjał i aktorzy z tej grupy w paru scenach pokazali się z naprawdę dobrej strony, więc mocno liczę na to, że w kontynuacji dostaną dużo więcej do roboty. Dużo słabiej wypadają epizody Djimona Hounsou (czarodziej Shazam) i Johna Glovera (Sivana sr), które są zbyt przerysowane i (w pierwszym przypadku) wizualnie nieciekawe.

Tym, co dość mocno się jednak w „Shazam!” nie udało, to efekty specjalne. O ile moce Billy’ego wyglądają spoko, to pretensje do twórców mam o personifikacje siedmiu grzechów – projekty graficzne tych potworów są naprawdę udane, ale ich wykonanie aż razi sztucznością. Kompletnie nie rozumiem też, czemu w jednym momencie pojawia się wygenerowany komputerowo dzieciak – co to w ogóle za trend, by za wszelką cenę w filmie pojawił się sztucznie wykreowany człowiek.

Podsumowując, „Shazam!” to na pewno udany film, który zdecydowanie kontynuuje dobrą passę Warnera i DC. Mimo że oglądało mi się go gorzej niż „Wonder Woman” czy „Aquamana”, to jednak bardzo doceniam go za przesłanie i dobrą reprezentację różnych grup społecznych (bo przecież jeszcze, o czym wcześniej nie wspomniałem, Freddy jest osobą niepełnosprawną). Z zainteresowaniem będę wyglądał drugiej części, tym bardziej, że jedna z ostatnich scen pokazuje, że filmowcy nie mają zamiaru wstydzić się komiksowo-bajowego oryginału i jest potencjał, że zaproszą nas na naprawdę wystrzałową jazdę bez trzymanki.

PS. Mam jedną pretensję do twórców. pokaż spoiler W Mary Bromfield wcieliła się (prześliczna) 24-letnia Grace Fulton, jednak kiedy przybrane rodzeństwo Billy’ego zyskuje moce Shazama, zostaje zastąpiona przez starszą aktorkę. O ile w wypadku młodszych „Vasquezów” jest to oczywiste, o tyle uważam, że Lady Marvel mogła zostać spokojnie odegrana przez Fulton, chociaż być może wymagałoby to zatrudnienia młodszych osób do roli pozostałych „Shazamów” (jako iż z jednym wyjątkiem wszyscy są około 40tki).

Opinie


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 *