Pokłady


Gry komputerowe

Gry towarzyskie

Kultura


TESGIR
Najlepsze miejsce
dla fanów fantastyki

T E S G I R
N a j l e p s z e m i e j s c e d l a f a n ó w f a n t a s t y k i

[Recenzja] Wonder Woman 1984


Dodał dnia 02.04.2021 do Filmy. Brak komentarzy.

Jak wiadomo, jestem wielkim fanem „Wonder Woman” z 2017 roku, a i do Gal Gadot (zwłaszcza w tym filmie) mam olbrzymi sentyment. Dlatego ze smutkiem czytałem/oglądałem recenzje „Wonder Woman 1984”, z których chyba wszystkie były negatywne, a bardzo często wręcz mieszały film z błotem. No bo jak to tak, że kontynuacja tak udanego dzieła (i to z nieziemsko piękną Izraelką w roli głównej) okazała się kompletnym gniotem? Kiedy więc od 1 kwietnia film ten można było wreszcie bez kombinacji oglądać w Polsce, wykupiłem subskrybuję HBO GO, żeby przekonać się na własne oczy, czy zgodzę się z tymi opiniami. (Uwaga! W Tekście w przeciwieństwie do większości moich recenzji pojawiają się spoilery.)

I ostateczne wyszło na to, że się nie zgodzę i będę jednym z nielicznych, którzy WW84 będą bronić. Znaczy, żeby nie było, nie będę bronić przed krytyką, bo jest tu mnóstwo rzeczy, które krytykować trzeba – po prostu choć nie uważam tego filmu za dobry, nie jest to też w moim odczuciu kompletny gniot. Najbardziej szkodzą mu dwie rzeczy: początek i zakończenie, a niestety, generalnie głównie te się zapamiętuje. Obraz zaczyna się po prostu fatalnie i nie mówię tu o scenie na Themiscyrze (chociaż ona akurat jest kompletnie bezsensowna i zamieszczona tylko po to, by w napisach początkowych i końcowych móc wymienić Connie Nielsen i Robin Wright) – chodzi mi o sekwencję w centrum handlowym i wprowadzenie Barbary Minevry. Pierwsza wygląda tak, jakby nakręcono ją na potrzeby jakiejś absurdalnej parodii w rodzaju „Nagiej broni” (kocham „Nagą broń”, ale nie to miejsce, nie ten czas), natomiast druga pasowałaby do równie absurdalnej komedii dla nastolatek (atrakcyjna kobieta nosi okulary i nie umie chodzić na szpilkach, w związku z czym ludzie nie pamiętają, że z nią rozmawiali i są dla niej *kompletnymi* dupkami) – oglądając to, wprost trzymałem się za głowę w nie tak znów niemym przerażeniu. Równie niski poziom trzyma zakończenie, ale tutaj nie chce się już rozpisywać, bo to jednak byłby już za duży spoiler. Większość filmu to jednak środek, a ten jest po prostu przeciętny. Kilka scen się broni, kilka nie, a kilka może należeć do jednej z tych kategorii zależnie od paczącego; mi np. całkiem podobała się nauka latania, a wiem, że sporo ludzi na nią narzekało. Nie mogę jednak nie wspomnieć o fatalnym CGI – ludzie od efektów specjalnych chyba robili to po godzinach, bo jest to kompletna fuszera i dziwię się, że ktoś spojrzał na to i stwierdził: „e, jest spoko, puszczamy do kin”.

Olbrzymi problem jest także z głównym narzędziem fabularnym w filmie, czyli kamieniem spełniającym życzenia – to tutaj koncentruje się większość nielogiczności fabuły. Dlaczego osoby zajmujące się zawodowo historią i gemmologią nie wiedziały nic o jego istnieniu i nie potrafiły go rozpoznać, mimo że przez wieki przewijał się przez wszystkie główne kultury świata i był uwieczniony na stworzonych przezeń ilustracjach? Jakim sposobem całą tę wiedzę udało się zdobyć Maxwellowi Lordowi? Dlaczego wystarczyło, by Diana pomyślała, co by sobie życzyła, by się to spełniło, podczas gdy inne osoby musiały wypowiedzieć na głos formułkę „życzę sobie”? Dlaczego przez większość czas kamień działał tylko wtedy, gdy był fizycznie dotykany, a nagle okazuje się, że dotykanie w przenośni też wystarczy? O co chodzi z tym transferem negatywnych emocji do Barbary i z jakiej paki sprawia to, że pokrywa się ona futrem i wyrasta jej ogon? I najgorsze, chociaż już mniej związane z samym kamieniem – dlaczego Diana i Steve mają kompletnie w dupie fakt, że dusza tego ostatniego trafiła do ciała jakiegoś mężczyzny, które jest teraz bezwolną marionetką, podczas gdy jaźń jego posiadacza przebywa bóg wie gdzie? Ba, nawet gorzej, żartują z tego faktu i mówią jaki to z niego spoko ziomek, jakie ma fajne mieszkanie i ogólnie przystojny chłop. No ludzie!

Jak to więc jest, że film z tyloma wadami (a lista głupot jest jeszcze dłuższa, tyle że recenzja nie jest miejscem do wymieniania ich wszystkich) da się bezboleśnie oglądać? Wszystko to zasługa aktorów; żadna z czterech głównych (w sumie jedynych, bo reszta to się tak przez ekran tylko przewija) postaci nie jest zagrana jakoś wyjątkowo dobrze (ale i też nie szczególnie źle), jednak ich charyzma wystarczyła, by mnie kupić. Gal Gadot jak już pisałem w roli Wonder Woman uwielbiam (och Gal! czemuż okrutny los nie skrzyżował naszych dróg?) i ta produkcja tego nie zmieniła, nawet mimo tego, że Izraelka gra w niej słabiej niż we wcześniejszych filmach. Chris Pine radzi sobie równie dobrze co w jedynce, a jego chemia z Gadot jest widoczna gołym okiem – zresztą sceny oparte na relacjach tej dwójki (lot wśród fajerwerów oraz pożegnanie) są naprawdę dobre i w sumie szkoda, że Steve’a zdecydowano się zabić tak szybko, bo na pewno będzie mi brakować go w kolejnych częściach (chyba że znów odwalą jakieś magiczne mambo jumbo, opcjonalnie zawrą w nich tony retrospekcji). Bardzo obawiałem się występu Kristen Wiig, bo kojarzę ją przede wszystkim z mizernych „Druhen”, ale ostatecznie zdecydowanie dała radę, głównie w tym bardziej przyjemnym wcieleniu. I wreszcie Pedro Pascal jako Maxwell Lord, który jest cudownie przeszarżowany, a przy tym ma naprawdę ciekawą historię i szkoda, że poznajemy ją tylko cząstkowo.

Podsumowując, chociaż rzeczywiście „Wonder Woman 84” ma mnóstwo wad, nie jest to jednak film (przez większość czasu) bolesny w odbiorze. Jeśli weźmiemy pod uwagę ostatnie osiągnięcia DC w postaci „Aquamana” czy „Shazama”, rzeczywiście zawodzi, ale jeśli spojrzymy nań przez pryzmat fatalnych recenzji, da się go spokojnie obejrzeć i nawet się przy tym nieźle bawić. Mam nadzieję, że to tylko potknięcie i kolejne części „Wonder Woman” oraz inne filmy superhero produkowane przez Warnera powrócą do poziomu reprezentowanego przez wcześniej wymienione obrazy – a że w temacie „Black Adama” wreszcie się coś ruszyło, jest na co czekać.

Opinie


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 *