Pokłady


TESGIR
Najlepsze miejsce dla fanów fantastyki

Batman: The Killing Joke


Dodał dnia 26.07.2016 do Recenzje filmów animowanych.

„Batman: The Killing Joke” to jedna z najważniejszych powieści graficznych rozgrywających się w nietoperzowym zakątku DCU. Wydana w 1988 opowieść, napisana przez Alana Moore’a i narysowana przez Briana Bollanda, miała być w założeniu autora „jedynie” elseworldem, ale spodobała się tak bardzo, że stała się istotną częścią kanonu – m.in. to właśnie w niej przedstawiono obowiązujące przez wiele lat originy Jokera i Oracle. Teraz zaś, prawie 30 lat później, historia przeżywa drugą młodość dzięki najnowszemu filmowi animowanemu ze stacjni DC Comics, wyreżyserowanego przez sama Liu i napisanego przez Briana Azzarello.

A raczej połowiczo napisanego przez Briana Azzarello. Obraz ten bowiem dzieli się na dwie wyraźne części. Jedna, zajmująca drugą połowę seansu, to ekranizacja „Zabójczego Żartu”, i to ekranizacja niezwykle wierna – nie czytałem co prawda komiksu, ale przejrzałem go przed pisaniem recenzji i wydaje się, że nic nie zostało pominięte i bardzo niewiele zostało dodane (m.in. pokazano z bliska poszukiwania Jokera prowadzone przez Batmana i poświęcono chwilę na jego walkę z jego pomocnikami). Jeśli chodzi o fabułę, jest ona powszechnie znana: pewnego wieczoru u drzwi komisarza Gordona pojawia się Joker, który dotkliwie rani jego córkę Barbarę, a komisarza porywa i poddaje rozlicznym torturom psychicznym w niedalekim wesołym miasteczku – chce bowiem udowodnić, że jeden bardzo zły dzień, jakiego on sam doznał parę lat temu, może nawet najlepszego i najzdrowszego człowieka zmienić w szaleńca takiego jak on.

Jako że ta część, jak wspomniałem wcześniej, jest prawie 100-procentowym przeniesieniem komiksu na ekran, wyjątkowo nie nadaje się ona dla młodszych widzów. Autorzy ani trochę nie złagodzili charakteru oryginału i chociaż niewiele tu krwi, zobaczymy wiele niepokojących obrazów – już sama ekipa Jokera, złożona tym razem z różnej maści cyrkowych dziwolągów potrafi wywołać ciarki na plecach, a jeśli dodamy do tego tortury Gordona, nagiego i wleczonego na smyczy, zmuszonego do oglądania zdjeć cierpiącej córki, to włos jeży się na głowie. Jedyne, co z tych ok 50 minut bym usunął, to muzyczny numer Jokera, który moim zdaniem zupełnie do filmu nie pasuje. Jak już jesteśmy przy Błazeńskim Księciu Zbrodni, warto parę słów poświęcić przedstawionemu tutaj originowi tej postaci – oglądając go, jest nam naprawdę żal tego złoczyńcy, nie chcę jednak mówić nic więcej, żeby nie spoilerować tego osobom, które są jeszcze przed seansem. Na zakończenie tej części recenzji wyrażę jeszcze swoje rozczarowanie, że autorzy nie pokusili się o jednoznaczne zakończenie: skoro w komiksie jest ono otwarte do interpretacji, film mógł zakończyć się „wprost” – rozumiem jednak, że mogłoby to wywołać większe oburzenie niż pewna scena, od której internet aż zawrzał i o której piszę na koniec recenzji.

Przechodzimy do pierwszej części filmu, poświęconego Bruce’owi i Barbarze oraz ich wspólpracy w rolach Batmana i Batgirl. Jest to całkiem niezła detektywistyczna historia z kilkoma fajnymi scenami walki, rodzi się tylko pytanie o to, jaki był sens jej umieszczania przed zasadniczą historią. Odpowiedź brzmi: żaden. Kariera Barbary jako Batgirl nie ma nic wspólnego z „The Killing Joke” – w końcu Joker nie postrzelił jej, by dobrać się do Batmana, ale by sprawić tym ból jej ojcu. Gdyby twórcy zdecydowali się zmienić fabułę komiksu i sugerować, że chodzi o to pierwsze, prolog w takiej formie byłby jak najbardziej wskazany – w tym wypadku jednak wstęp powinien dotyczyć miłości komisarza Gordona do córki albo chociaż tego, jak dziewczyna kocha swoje nocne życie, walkę z bandziorami i podniebne akrobacje; tymczasem przez pierwszą połowę Gordonowie nie mają ze sobą ani jednej wspólnej sceny, a na dodatek młodsza z nich nawet dobrowolnie rezygnuje z przebrania Nietoperzycy! Bardzo mocno kuleje też sama postać Barbary, za którą Azzarello, który przecież udowodnił w „Wonder Woman”, że potrafi pisać kobiece bohaterki, powinien zebrać srogie baty. Batgirl w jego wydaniu jest rozchwianą emocjonalnie, zadufaną dziewuchą, która zachowuje się tak, jakby właśnie przechodziła okres dojrzewania i burzę hormonów – może miałoby to sens w przypadku nastoletniej Gordonówny, ale w tym filmie wyraźnie ma kilka lat więcej, więc jest to niewybaczalne. Zupełnie nie rozumiem także decyzji scenarzysty, by zamiast koleżanki uczynić jej powiernikiem najlepszego przyjaciela geja – och, jakie postępowe!

Narzekania na fabułę skończone, pora pochwalić technikalia. „The Killing Joke” wizualnie znacznie różni się od najnowszych produkcji duetu WB/DC, ale nieco uboższa grafika i animacja nadały mu oryginalnego charakteru – najbardziej widoczne jest to we wspomnieniach Jokera, które „kręcone” są w ubogiej palecie barw i w których postacie tła siedzą w bezruchu. Najważniejszy jest jednak fakt, że do podkładania głosu Batmanowi i Jokerowi wracają Kevin Conroy i Mark Hamil, którzy po raz kolejny udowadniają, że urodzili się do tych ról i chociaż nie są w nich niezastąpieni, to jednak zdecydowanie najlepsi. Pozostali głosowcy (m.in. znana z rozlicznych ról w animacjach DC Tara Strong jako Batgirl i Ray Wise jako komisarz Gordon) także radzą sobie bardzo dobrze, ale no cóż – mistrzów i tak nie przebiją.

Podsumowując, „The Killing Joke” to w zasadzie dwa krótkie filmy w jednym i tak należy je ocenić. Zasadnicza część zasługuje na mocne 9/10, z kolei odpowiednią oceną dla prologu byłoby 5/10. Średnio wychodzi więc 7/10, co i tak wystarczy, by go polecić. Opcjonalnie, zawsze można zacząć od 28:30 minuty i nacieszyć się samym „Zabójczym Żartem” – w pełni na to zasługuje.

Spoiler na koniec:
W recenzji jedynie ogólnikowo wspomniałem o scenie seksu Batmana i Batgirl, a to z tego względu, że nie ma się co zanadto nią ekscytować – to nawet nie pierwszy raz, kiedy w oficjalnej animacji połączono tę dwójkę (poprzednio miało to miejsce w „Return of the Joker” z uniwersum „Batman Beyond”; w komiksowym spin-offie serialu była nawet wspomniana ciąża i poronienie Gordonówny). Ponadto, jakby nie było, pasuje to do tej właśnie wersji Barbary (do Bruce’a oczywiście mniej, ale hej: nawet Nietoperz jest tylko człowiekiem). Za to plotki, że to właśnie przez nią film zasłużył na kategorię R uważam za wyssane z palca – więcej golizny można zobaczyć na Disney Channel, a jeśli ktoś uważa, że to dla młodzieży mniej odpowiedni widok niż tortury Gordona, to chyba coś z nim jest nie tak.

Komentarze


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*