Pokłady


TESGIR
Najlepsze miejsce dla fanów fantastyki

Rogue One: A Star Wars Story


Dodał dnia 21.12.2016 do Recenzje filmów aktorskich.

Można narzekać na przejęcie „Gwiezdnych Wojen” przez Disneya i związane z tym usunięcie kanonu, niezaprzeczalny jest jednak fakt, że chociaż liczne książki, komiksy i gry znacznie rozbudowywały uniwersum, centrum franczyzy zawsze stanowiły filmy, a dzięki Disneyowi nie tylko dostaliśmy następne kinowe „Star Wars” po kilkunastu latach, ale i na kolejny obraz musieliśmy czekać zaledwie rok. I chociaż „Rogue One” to „zaledwie” spin-off (co poza tytułem podkreśla też brak charakterystycznych żółtych napisów), to jednak niewiele rzeczy może się równać z radością oglądania „Star Warsów” na dużym ekranie. O ile oczywiście te „Star Warsy” są przynajmniej poprawne, o czym parę lat temu przekonaliśmy się przy okazji premiery „Clone Wars”. Czy „Rogue One” prezentuje wyższy poziom? O tym dowiecie się z poniższej recenzji. Zapraszam.

Galen Erso to genialny imperialny inżynier, który postanowił jednak zerwać kontakty ze swoim pracodawcą i zaczyna prowadzić proste życie rolnika u boku żony i córki. Imperialne ramię jest jednak długie i w osobie dyrektora Krennica dosięga Galena, który, by umożliwić ucieczkę swojej córce Jyn, oddaje się w jego ręce. Kilkanaście lat później dorosła Jyn zostaje zwerbowana przez Rebelię, która potrzebuje jej pomocy w odnalezieniu Galena oraz planów broni, którą zaprojektował – broni zdolnej niszczyć całe planety. Kobieta, choć niechętnie, zgadza się im pomóc i wraz z kapitanem Andorem i jego niegdyś-imperialnym droidem K-2SO wyrusza na spotkanie przygody.

Jak więc widać, fabuła jest mocno powiązana z akcją IV epizodu sagi (stanowi swoisty prequel tego obrazu) i wykorzystuje część wątków i motywów z oryginału. Mimo to jest to film zgoła inny od głównego gwiezdnowojennego nurtu. Przede wszystkim, jest on w zasadzie zupełnie pozbawiony Mocy – mamy tutaj co prawda gościnny występ Dartha Vadera oraz niezwykłe wyczyny pewnego ślepego mnicha, ale jednak akcję obserwujemy z perspektywy zwykłych ludzi, w dużej mierze żołnierzy, pozbawionych nawet legendarnego szczęścia Hana Solo. Jest to więc przede wszystkim film wojenny podlany sosem space opery, a opowieść możnaby równie dobrze umieścić w czasach I czy II wojny światowej i nikt by się nie zorientował, dla jakiego uniwersum oryginalnie została napisana. Takie podejście do tematu sprawia, że trup ściele się tutaj całkiem gęsto i chociaż oczywiście cała przemoc jest „przyjazna dzieciom” i jak zwykle nie uświadczymy tu ani kropli krwi, to jednak czuć pewnego rodzaju ciężar, tym bardziej, że film sporo miejsca poświęca ciemnej stronie Rebelii, która po pierwsze jest tutaj pokazana jako wewnętrznie skłócona, a po drugie stosuje różnego rodzaju brudne zagrania, które w Oryginalnej Trylogii byłyby nie do pomyślenia. To jednak, co spodobało mi się najbardziej, to wszechobecny brud – nieskazitelnie biali niegdyś szturmowcy często są tu ukazani jako umorusani błotem i piachem, a baza Rebelii rzeczywiście wygląda tak, jakby jej lokatorzy nie cierpieli na nadmiar funduszy i byli stale gotowi do przeprowadzki w inne miejsce. Klimat jest więc znakomity i jedyne, co go psuje, to nieporadni jak zwykle szturmowcy, czego tutaj nie da się wytłumaczyć ani planem Vadera (jak w „A New Hope”) ani skierowaniem obrazu wyłącznie do młodszej widowni (jak w „Rebels”).

Klimat to jedno, ale przecież tak samo ważny jest scenariusz. I tutaj jest już niestety gorzej. Żeby nie było, trzeba to powiedzieć od razu: trzeci akt jest wprost kapitalny, a scenarzyści naprawdę postarali się, żebyśmy czekali w napięciu na to, co spotka naszych bohaterów, nawet mimo tego, że doskonale wiemy, że skok się udał i co się później stało z wykradzionymi planami. Problem w tym, że zanim dojdziemy do tego momentu, musimy przeboleć przeciętność pierwszych dwóch aktów – nie jest jednak tak źle, by było to jakoś specjalne trudne i z całą pewnością bawiłem się na „Rogue One” dużo lepiej niż na jakimkolwiek obrazie Nowej Trylogii.

Następny w kolejce do opisu jest najważniejszy dla mnie element każdego filmu, czyli postaci i obsada. Moje apetyty tutaj były naprawdę spore, gdyż „Przebudzenie Mocy” poradziło sobie w tym obszarze kapitalnie – z drugiej jednak strony, trailery nieco gasiły ten entuzjazm. Prawda jednak, jak to zwykle bywa, leży pośrodku. Na pewno może podobać się obsada drugoplanowa. K-2SO (niezastąpiony Alan Tudyk) to kolejny droid, którego prawdopodobnie wszyscy pokochają, a grany przez Donniego Yena Chirrut Îmwe to człowiek-orkiestra, świetnie sprawdzający się zarówno jako postać komediowa, dramatyczna i „akcyjna”. Do gustu przypadł mi także Ben Mendelsohn jako Krennic, a mimo że zarówno ożywiony dzięki CGI Tarkin, jak i całkiem realny Vader wyglądali bardzo przeciętnie (ten drugi poprzez udrapowanie peleryny i chyba większy niż uprzednio hełm zdaje się być strasznie przysadzisty), to podkładający im głosy Guy Henry i (jakżeby inaczej) James Earl Jones odwalili kawał dobrej roboty. Dla odmiany, kiepsko wypada para głównych bohaterów, czyli Diego Luna jako kapitan Cassian Andor i Felicity Jones jako Jyn Erso. Zwłaszcza po tej ostatniej można się było spodziewać więcej, bo jest aktorką zasadniczo bardzo chwaloną, a zamiast pokazać w tej roli pazur, to zgodnie z trailerami „przegrała” cały film na jednym, umęczonym wyrazie twarzy – gdzie jej tam do Daisy Ridley jako Rey, na której uroczej buzi malowały się wszystkie emocje odczuwane przez postać – a na dodatek wielka przemiana jej bohaterki zaszła w zasadzie ot tak, bez absolutnie żadnego powodu. Na koniec trzeba jeszcze wspomnieć o najbardziej znanych i utytułowanych członkach obsady, czyli Madsie Mikkelsenie i Forest’cie Whitetakerze – pierwszy jak zbyt często ostatnio został całkowicie niewykorzystany, drugi z kolei poza tym także niesamowicie przeszarżował swoją rolę, przez co najlepiej by było, gdyby w filmie w ogóle się nie pojawił.

Parę słów trzeba napisać także o technikaliach. Efekty specjalne (poza nieszczęsnym CGI Tarkinem) są kapitalne, przy czym zdecydowanie najwięcej jest ich we wspomnianym już akcie trzecim, w którym można najpełniej je docecnić, a muzyka, w której odnajdziemy zarówno stare, jak i nowe utwory to ten sam wysoki poziom, co w każdych „Star Warsach”, nawet mimo tego, że nie odpowiadał za nią John Williams, tylko Michael Giacchino.

Podsumowując, „Rogue One” to może nie idealny ani nawet nie bardzo dobry film, ale i tak się broni. Przede wszystkim, jest zupełnie inny od pozostałych „Star Warsów”, oferując nam bardziej przyziemną, ale i dojrzalszą fabułę, nawet jeśli scenariuszowo i aktorsko ma pewne braki. Z całą pewnością go polecam, a oceną, którą mu wystawiam, jest 7+/10. I pamiętajcie: „Force is with me, I’m the one with the Force.”

Komentarze


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*