Pokłady


Gry komputerowe

Gry towarzyskie

Kultura

TESGIR
Najlepsze miejsce dla fanów fantastyki

„Wiedźmin” vs „Witcher” – porównanie


Dodał dnia 12.02.2020 do Seriale. Brak komentarzy.

Niejednokrotnie – zwłaszcza w dzisiejszych czasach filmowego recyklingu – mamy do czynienia z sytuacją, kiedy ta sama fabuła opowiadana jest przez różnych filmowców, czy to w formie remake’u, czy adaptacji tego samego materiału źródłowego; zawsze rodzi się wtedy pytanie, która z tych produkcji jest wyższej jakości. Nie inaczej jest także z serialowymi adaptacjami wiedźmińskich opowiadań Andrzeja Sapkowskiego – chociaż w recenzji netflixowego „Witchera” wspominałem, że na polskim „Wiedźminie” bawiłem się lepiej, ciekawiło mnie także, jaki byłby wynik bardziej krytycznego i „sformalizowanego” porównania. Wynikiem tychże rozważań jest poniższa Myśl. Sprawdźmy więc, który serial jest lepszy – ten z 2002 r., dzieło rodzimych filmowców, czy ten z 2019, kręcony przez streamingowego giganta. Zapraszam.

Muzyka

Zacznijmy od nieco mniej istotnego, ale jednak często przywoływanego elementu porównywanych produkcji – muzyki. W analogicznym tekście na jednym z zagranicznych portali przeczytałem opinię, że „Wiedźmin” ma ogólnie lepszą ścieżkę dźwiękową, ale za to „The Witcher” może pochwalić się lepszą pojedynczą melodią – mowa oczywiście o „Toss a coin to your Witcher”, na której punkcie YouTube wprost oszalał i która obecnie odmieniana jest przez wszystkie gatunki muzyki. Generalnie zgadzam się z powyższym stwierdzeniem, jednak o ile autor wspomnianego tekstu ogłosił w tej kategorii remis, ja przyznaję punkt „Wiedźminowi” z 2002 roku – w mojej opinii stała, wysoka forma jest lepsza od jednorazowego przebłysku geniuszu, zwłaszcza, że piosenki polskiego Jaskra także są niczego sobie i szkoda, że większość z nich jest taka króciutka.

Rezultat: „Wiedźmin” 1 – 0 „The Witcher”.

Scenariusz

Odbijamy pałeczkę i przechodzimy do kategorii bardzo ważnej, dla niektórych nawet najważniejszej: scenariusza. I tutaj powiedziałbym, że obie produkcje mają swoje problemy, jednak ostatecznie pod względem skryptu wygrywa wersja netflixowa i to z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że chociaż obie produkcje pochyliły się nad młodzieńczymi losami pewnych postaci (czyli tematami, których opowiadania jedynie delikatnie dotykają), to młodość Geralta w „Wiedźminie” budzi co najwyżej niekontrolowane wybuchy śmiechu, podczas gdy ukazana w „Witcherze” przeszłość Yennefer jest całkiem ciekawym, sprawnie zrealizowanym wątkiem. Drugim powodem jest z kolei spójność opowieści – „Wiedźmin” przez długi czas podąża tropem opowiadań i serwuje nam zupełnie niepowiązane ze sobą odcinki, podczas gdy „Witcher” stara się nadać opowieści jakąś linię przewodnią już od samego początku, co sprawia, że jest daniem strawniejszym dla widza szukającego w nim walorów innych niż przeniesienie na ekran książkowego pierwowzoru.

Rezultat: „Wiedźmin” 1 – 1 „The Witcher”.

Potwory

Chociaż opowiadania i późniejsze książki Sapkowskiego kładły dość duży nacisk na motyw, że najgorszymi potworami są ludzie i inne istoty rozumne, nie da się ukryć, że są to jednak dzieła poświęcone łowcy monstrów wszelakich i trzeba było je udanie ukazać na ekranie. I od razu trzeba powiedzieć jedno: smok jest fatalny w obu porównywanych produkcjach, chociaż z innych powodów – w rodzimej wersji był paskudny z racji niedostatków budżetowych, a w zagranicznej poważnie kulał już sam projekt stwora. Jednak jeśli idzie o pozostałe maszkary, spece netflixa poradzili sobie już dużo lepiej, zwłaszcza jeśli chodzi o Strzygę – to kapitalny, bardzo horrorowy i niepokojący design. Także pozostałe poczwary wyszły w nowszym serialu całkiem nieźle, a chociaż polscy twórcy próbowali maskować niedostatki umiejętności odpowiednią pracą kamery, nie do końca im się to udało i gumowe stwory do dziś budzą salwy śmiechu. Podsumowując, punkt dla Netflixa.

Rezultat: „Wiedźmin” 1 – 2 „The Witcher”.

Sceny akcji

Skoro wiedźmini noszą dwa miecze – oba w teorii na potwory, żeby nie było – to muszą czasem zrobić z nich użytek i trochę powalczyć. I tutaj ponownie polski „Wiedźmin” musi uznać wyższość netflixowego „Witchera” – już sama potyczka z Renfri by do tego wystarczyła, gdyż ten pojedynek z całą pewnością przejdzie do historii jako jedna z najlepszych scen walki, którą kiedykolwiek nakręcono. Pozostałe potyczki może nie wbijają aż tak w fotel, ale trudno uznać je za nieudane – w przeciwieństwie do tych z rodzimej produkcji, które wszystkie przebiegają według tego samego schematu: Geralt najpierw przez chwilę unika nieporadnych ciosów przeciwnika, by ostatecznie zakończyć pojedynek szybkim cięciem miecza, co wygląda tym bardziej biedne, że do stworzenia ich choreografii zatrudniono podobno jednego z najlepszych mistrzów aikido jeśli nie na świecie, to przynajmniej w Polsce.

Rezultat: „Wiedźmin” 1 – 3 „The Witcher”.

Postacie poboczne

Pod tym terminem rozumiem wszystkie postacie, które nie należały do corowej czwóki, nad ktróą pochylę się już za chwilę. W netflixowym serialu jest to zdecydowanie jeden ze słabszych elementów, a liczba psychopatów na milimetr metaforycznej taśmy filmowej znacznie przekracza tu wszelkie dopuszczalne normy: Calanthe, Cahir, Fringilla, Tissaia i zapewne jeszcze kilkoro innych można śmiało do tak opisanego worka wrzucić. Nie to, żeby w „naszej” produkcji pod tym względem było dużo lepiej, ale kilka dobrych występów w postaci np. Andrzeja Chyry jkao Borcha, MAcieja Kozłowskiego w roli Gwidona/Falwicka czy Anny Dymnej jako Nenneke wystarczą na wygraną w tej kategorii.

Rezultat: „Wiedźmin” 2 – 3 „The Witcher”.

Yennefer, Ciri, Jaskier

Czyli trzy najważniejsze osoby w życiu Geralta: Yennefer, Ciri i Jaskra. Na pierwszy rzut oka powinien wygrać tu Netflix: co prawda porównanie dwóch Ciri trochę mija się z celem przez wzgląd na dużą różnicę wieku między aktorkami (Marta Bitner nie miała chyba 10 lat, podczas gdy Freya Allan ma ich kilkanaście), a obaj Jaskrowie (Zbigniewa Zamachowskiego i Joey’ego Bateya) dają radę, ale jednak Grażyna Wolszczak jako Yennefer jest zdecydowanie gorsza niż Anya Chalotra. Mimo to, kolejny punkt wędruje na konto „Wiedźmina” z 2002, który ma może gorsze postacie, ale dużo lepiej potraktował ich relacje. W polskiej adaptacji Geralt i Ciri znali i lubili wcześniej, przez co ich spotkanie w ostatnim odcinku ma odpowiedni wydźwięk, ale decydujące znaczenie ma tu relacja Geralt-Jaskier: w wersji netflixowej wiedźmin zachowuje się tak, jakby bardem głównie gardził, co nie ma nic wspólnego z tym, jak ich znajomość powinna wyglądać – za samo bezbłędne jej przedstawienie „Wiedźminowi” należała się ta wygrana.

Rezultat: „Wiedźmin” 3 – 3 „The Witcher”.

Geralt

Doszło więc do tego, że to kreacja głównej postaci musi zadecydować o tym, który serial wyjdzie z niniejszego porównania zwycięsko. Decyzja będzie tym trudniejsza, że zarówno Michał Żebrowski, jak i Henry Cavill dali dobre występy, skupiając się jednak na innych cechach bohatera: pierwszy na jego emocjonalności, drugi – opanowaniu. Ostatecznie palma pierwszeństwa przypada… Żebrowskiemu, który jednak częściej wychodził poza swoją „zwyczajową” pozę (np. w pojedynku z Tailesem, gdzie świetnie odegrał Geralta Kpiącego). Nie bez znaczenia jest także fakt, że pan Michał dużo szybciej wszedł w rolę, podczas gdy Cavillowi zajęło to jednak parę odcinków i w pierwszych dwóch-trzech sam nie do końca wiedział, co i jak ma grać.

Rezultat: „Wiedźmin” 4 – 3 „The Witcher”.

Ostatecznie okazuje się więc – przynajmniej w mojej subiektywnej ocenie – że polski „Wiedźmin” jest lepszy od amerykańskiego „Witchera”, a zadecydował tu fakt, że mimo mniejszej biegłości technicznej ekipy, aktorom udało się wykreować lepsze postacie i stworzyć ciekawsze relacje pomiędzy nimi. Oczywiście jeśli ktoś wciąż gardzi polską produkcją i uwielbia tę netflixową, ma do tego pełne prawo, jednak w moim sercu jest miejsce dla tylko jednego „Wiedźmina” i jest to wersja z roku 2002.

Komentarze


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 *