Pokłady


Gry komputerowe

Gry towarzyskie

Kultura


TESGIR
Najlepsze miejsce
dla fanów fantastyki

T E S G I R
N a j l e p s z e m i e j s c e d l a f a n ó w f a n t a s t y k i

Podsumowanie „Mistrzów Polskiej Fantastyki”


Dodał dnia 29.07.2026 do Książki. Brak komentarzy.

„Mistrzowie Polskiej Fantastyki” to kolekcja książek wydawana przez Edipresse Polska i Fabrykę Słów w ramach kioskowej dystrybucji w latach 2018-2020 – i dzisiaj, w połowie roku 2026, mogę wreszcie ogłosić, że przeczytałem ją całą! Długo myślałem, w jaki sposób ją podsumować – może przez TOP7 najlepszych i najgorszych pozycji, może tierlistą – aż wreszcie stwierdziłem, że tego rodzaju luźna pogadanka będzie najbardziej odpowiednia. Po pierwsze dlatego, że nie wszystkie pozycje zasługują na dłuższe niż kilkusłowne podsumowanie, po drugie z racji na zawodność mojej pamięci, w której nie każdy tom zapisał się wystarczająco dobrze, nawet jeśli nie miałem dużych zastrzeżeń co do jego jakości. Zapraszam.

Jarosław Grzędowicz

Kolekcja zaczęła się z grubej rury, gdyż od „Pana Lodowego Ogrodu”, czyli serii, którą niektórzy nazywają najlepszą polską fantastyką. Osobiście naprawdę doceniam dzieło Jarosława Grzędowicza, przy którym przez większość czasu znakomicie się bawiłem – jest tu i ciekawe uniwersum, i interesujący bohater, i zaskakujące wydarzenia. Cieniem na całość kładzie się jednak ostatni tom, który zaczyna zawodzić pod kątem emocjonalnym – bohaterom, którzy wcześniej musieli ciężko pracować na każdy sukces i którym nieobce były dotkliwe porażki, nagle zaczęło wszystko wychodzić i to bez większych problemów. Niemniej jednak, wciąż „Pana Lodowego Ogrodu” polecam, tyle tylko, że nie zalecam nastawiać się na arcydzieło.

Poza PLO, z dzieł Jarosława Grzędowicza w kolekcji pojawił się również zbiór opowiadań „Księga jesiennych demonów”. Bez zbędnego skrępowania napiszę, że najlepiej z tego zbioru zapamiętałem to, jak dobre były pojawiające się w nim… sceny erotyczne. Naprawdę, uważam, że Grzędowicz mógłby spokojnie napisać erotyka, który zainteresowałby publiczność wysmakowaniem i jakością, a nie tanią sensacją i obrzydliwymi opisami, co chyba byłoby na prawdziwym powiewem świeżości na tym właśnie rynku.

Andrzej Ziemiański

Również drugie uderzenie kolekcji było całkiem mocne, gdyż mowa tutaj o „Achai” – książce, o której słyszałem wiele dobrego, przede wszystkim od mojego pokolenia. I może, gdybym istotnie zapoznał się z nią w momencie wydania (lata 2002-2004), to by mi się podobała, ale pech chciał, że czytałem ją mając lat nie 13, a 30, w związku z czym jest to najgorszy gniot, z jakim kiedykolwiek miałem do czynienia. „Achaja” jest po prostu obrzydliwa, a wszystko, co przydarza się głównej bohaterce, ma związek z jej cyckami, dupą lub cipą – przepraszam za tak ordynarne wyrażenia, ale po prostu dostosowuję się do poziomu książki. Przykładowo, w dosłownie pierwszej scenie powieści macocha Achai – dwunastolatka w ciąży – dręczy czternastoletnią pasierbicę, każąc rozebrać jej się przed służącym i dostaje od tego orgazmu. Gwoli ścisłości, w powieści są też dwa inne duże wątki, które tego całego ohydztwa są pozbawione, ale nie zmieniło to mojej wyjątkowo niskiej oceny całości – tak niskiej, że ukazującego się na późniejszym etapie kolekcji „Pomnika Cesarzowej Achai” nawet nie zacząłem czytać i nigdy nie zamierzam tego robić; wszystkie te tomy zostawiłem sobie tylko dlatego, że ładne prezentują się na półce.

Z twórczości pana Ziemiańskiego (którego tu jako człowieka oceniać nie chce, ale ani jego najważniejsze dzieło, ani inne doniesienia o jego osobie nie przedstawiają go w pozytywnym świetle) w kolekcji ukazały się też dwa tomy opowiadań pt. „Zapach Szkła”. Nie są one na tak żenującym poziomie jak „Achaja”, ale niemal zupełnie nie wryły mi się w pamięć, stąd nie mogę o nich nic więcej powiedzieć – pamiętam tylko, że przynajmniej część z nich jest osadzona we Wrocławiu, więc może dla mieszkańców tego miasta będzie to bardziej interesująca lektura.

Jacek Piekara

Na szczęście to, co MPF zaproponowała później, okazało się już dziełem o wiele strawniejszym. Mowa tu o części Cyklu Inkwizytorskiego, a konkretnie o pięciu pozycjach: „Wieże do nieba”, „Sługa Boży”, „Młot na czarownice”, „Miecz aniołów” i „Łowcy Dusz” – dla mnie te właśnie tomy były bezspornie najlepszym elementem całej kolekcji. Osobiście, opowiadania te określiłbym mianem elektryzujących, bo dokładnie tak się czułem, czytając je – czasami dosłownie drżałem z ekscytacji. Świat wykreowany przez Jacka Piekarę (zadeklarowanego katolika) – w którym Jezus zszedł z krzyża, by ukarać swoich prześladowców ogniem i żelazem- okazał się szalenie interesujący, podobnie zresztą jak zamieszkujące go osobistości, z inkwizytorem Mordimerem Madderdinem na czele – celowo nie użyłem słowa bohater, bowiem protagonista zupełnie nim nie jest. Zdecydowanie polecam zapoznać się przynajmniej z paroma pozycjami z tego cyklu – ja, jak już wspomniałem, jestem bardzo zadowolony i z całą pewnością będę musiał poznać go jeszcze bardziej dogłębnie.

Jednak Cykl Inkwizytorski to nie jedyne dzieła Jacka Piekary, które pojawiły się w kolekcji. Poza tym jest jeszcze osadzony w czasach demokracji szlacheckiej „Charakternik” oraz przedstawiająca alternatywną historię okołowspółczesną „Przenajświętsza Rzeczpospolita”. Pierwsze z tych dzieł nie jest jakieś super, ale w miarę ok, jednak drugie jest niemal tak obrzydliwe jak „Achaja” i z tego względu stanowczo odradzam lekturę – poza tzw. shock value nie będzie w niej nic interesującego.

Andrzej Pilipiuk

Kolejne duże nazwisko w MPF, aczkolwiek nieco mnie zawiodło. Najbardziej ciekawy byłem przygód Jakuba Wędrowycza, z których w kolekcji pojawiły się tomy „Kroniki Jakuba Wędrowycza”, „Konan Destylator”, „Czarownik Iwanow” i „Wieszać każdy może” – niestety, ich humor zasadniczo mi nie siadł i chociaż niektóre opowiadania były całkiem ok, inne przeczytałem niemal wyłącznie z obowiązku. Z innych zbiorów krótkich historii tego autora przeczytałem „Wampira z M-3” i „2586 kroków”, z których niestety pamiętam jedynie przebłyski – wynikałoby z nich, że druga pozycja była całkiem niezła, za to pierwsza mocno średnia, ale nie chcę formułować jednoznacznych ocen na podstawie tak fragmentarycznych wspomnień.

Najdłuższym dziełem Pilipiuka w kolekcji był cykl „Kuzynki Kruszewskie”, na który składają się cztery książki: „Kuzynki”, „Księżniczka”, „Dziedziczki” i „Zaginiona”, przy czym trzy pierwsze opowiadają spójną historię, a czwarta to taki trochę spin-off. Nie były to złe dzieła, ale niestety ujawniła się w nich pewna przywara autora: uwielbia on popisywać się wiedzą bezużyteczną, czyli np. długo opisywać, jak jedna z bohaterek buduje chatkę, a inna pędzi bimber – tego typu fragmenty są nudne i wytrącają z rytmu czytania. Dlatego najlepiej z tekstów jego autorstwa wspominam „Operację Dzień Wskrzeszenia” – opowieść o podróżnikach w czasie z polską bombą atomową (!) w tle; niestety nie pamiętam na tyle szczegółów fabuły, by powiedzieć o niej coś więcej.

Jacek Komuda

Wraz z przejściem od Pilipiuka do Komudy kompletnie zmienił się vibe kolekcji, bowiem o ile ten pierwszy autor osadza swoje dzieła na ogół w czasach późnego komunizmu lub wczesnej wolnej Polski, drugi upodobał sobie okres demokracji szlacheckiej. Właśnie w takich realiach osadzone zostały „Zborowski” i „Diabeł Łańcucki”, które powinny przypaść do gustu wszystkim miłośnikom trylogii Sienkiewicza. Najbardziej charakterystyczną cechą tych opowieści jest używany przez autora język imitujący opisywaną epokę, na który składają się kwiecisty styl, rozbuchane porównania i liczne makaronizmy; tworzy to całkiem niezły klimacik, choć rozumiem także, że dla niektórych może to być irytujące lub męczące. Jeśli zaś chodzi o poziom samego tekstu, to polecić mogę zwłaszcza „Diabła Łańcuckiego” – opowieść w nim przedstawiona ma naprawdę wiele wątków (historyczny, romantyczny, detektywistyczny) i każdy może w niej znaleźć coś dla siebie. Autorstwa Komudy jest też seria pirackich opowiadań zebranych w tomie „Czarna Bandera”, czyli kolejnym zbiorze krótkich historii, który nijak się w mojej pamięci nie zapisał (co zresztą dotyczy i „Zborowskiego”, co jest zapewne wynikiem mojej ograniczonej sympatii do tej formy literackiej) – aczkolwiek nijak wcale nie znaczy źle, bo nie pamiętam, by lekturze tegoż towarzyszyły mi jakieś negatywne odczucia.

Maja Lidia Kossakowska

Najbardziej znana z zaledwie trzech pań, których dzieła pojawiły się w ramach „Mistrzów Polskiej Fantastyki”; niestety już nieżyjąca, jednak zostawiła po sobie spory dorobek literacki. Najbardziej chyba znaną jej częścią jest cykl „Zastępy Anielskie”, z którego w kolekcji pojawiła się powieść „Siewca Wiatru”. Jak można się domyślić, cała seria jest osadzona w (pseudo)chrześcijańskiej wersji zaświatów i stąd wynika mój największy zarzut do tego tekstu: używając tego typu uniwersum, można było sobie pozwolić na więcej swobody i finezji w opisie świata, który mimo to pozostaje bardzo… zwyczajny, trochę jak standardowe fantasy. To jednak tylko moje czepialstwo, gdyż książkę czytało mi się bardzo dobrze, a mitologia uniwersum ciekawie połączyła wątki z wielu religii i ich odłamów oraz zaproponowała dość interesujące interpretacje znanych nam postaci, od archaniołów po władców piekła.

W zaświaty, aczkolwiek takie z mitologii jakuckiej, przenosimy się także w „Rudej sforze”, a śledzimy je z perspektywy młodego szamana i jego grubawego konika. Mówiąc szczerze, nie miałem najlepszej opinii o tej książce, gdyż wydawała mi się dość nudnawa i niepotrzebnie udziwniona, aż do ostatnich stron, kiedy okazało się, że głównym złoczyńcom opowieści jest… no nie, tego zdradzić nie mogę, ale jest to bardzo ciekawie pomyślany twist.

Wreszcie, na samym już końcu kolekcji jej redaktorzy wrócili do autorki proponując dwutomowy „Zakon Końca Świata”. Ze wszystkich dzieł MLK, które tutaj czytałem, to lubię najmniej, gdyż na ciekawej podstawie (wspomnianym końcu świata, a raczej końcach świata) autorka zbudowała historię, która moim zdaniem jest pozbawiona jakiejkolwiek celu czy głębi – ot, śledzimy bohatera, a w sumie nie wiemy, po co. Na dodatek autorka chyba też tego nie wiedziała, gdyż zakończenie jest dalece niesatysfakcjonujące – nawet nie wiem, czy można to nazwać zakończeniem, gdyż historia po prostu nagle się urywa bez żadnej znaczącej konkluzji, i to w zdecydowanie najciekawszym momencie.

Inni autorzy

Powyżej wymienieni pisarze to nie tylko najbardziej znane nazwiska, które pojawiły się w MPF, ale i autorzy, z którymi dzięki kolekcji byliśmy w stanie najlepiej się zapoznać. Jednak nie tylko ich twórczość została uwzględniona w serii – mieliśmy w niej także do czynienia z:

  • Tomasz Kołodziejczak: „Czerwona Mgła”. Bardzo ciekawe futurystyczne fantasy, którego fabuła zaczyna się wraz z mistycznym kataklizmem, który sprowadził do naszego świata elfy, potwory i mistyczne fenomeny. Stety-niestety, jest to zbiór opowiadań, a tych jakoś nie potrafię sobie przypomnieć, ale jako że pamiętam ją pozytywnie, to zapewne były całkiem niezłe.
  • Adam Przechrzta: „Demony Leningradu” i „Adept”. Niestety, w kolekcji wydano tylko te dwie książki autora, a obie są zaledwie początkiem swoich serii, więc zwłaszcza ta druga urywa się zanim zdąży się na dobre rozkręcić. Na pewno mocnym punktem obu jest osadzenie ich w ciekawych realiach oblężonego Leningradu i okupowanego Królestwa Polskiego, chociaż miałem wrażenie, że bardziej doceniłbym je, gdybym pamiętał chociaż końcówkę komuny.
  • Aneta Jadowska: „Złodziej Dusz”. Po „Achaji” jest to stanowczo najgorsza pozycja, z którą zapoznałem się w ramach kolekcji MPF. Książka Jadowskiej to po prostu romansidło i power fantasy dla nastolatek i młodych dorosłych jakich wiele, gdzie interesujące uniwersum i elementy fantastyczne muszą ustąpić pierwszeństwo opisom jak zajebista i seksowna jest główna bohaterka oraz jak skomplikowane jest jej życie uczuciowe i łóżkowe – fakt, że ograniczono się tylko do pierwszej książki z serii tu akurat mi w ogóle nie przeszkadzał.

  • Magdalena Kozak: cykl „Wampiry z ABW” („Nocarz”, „Renegat” i „Nikt”). Ewenement na skalę całej kolekcji: początkowo ukazała się w niej tylko pierwsza część serii, a dopiero po jej przedłużeniu dwie pozostałe pozycje. I bardzo dobrze, gdyż mimo tytułu sugerującego parodię w rodzaju „Wampira z M-3”, jest to całkiem poważna opowieść (przede wszystkim drugi tom, w którym można głównemu bohaterowi – pracownikowi ABW przemienionemu w wampira i wcielonego to tajnej jednostki Nocarzy – naprawdę współczuć), którą mimo to czyta się szybko, lekko i przyjemnie. Nie jest to żadna topka ani nawet ścisła czołówka kolekcji, ale z całą pewnością zasługuje na uwagę.
  • Michał Gołkowski: trylogia „Komornik” („Komornik”, „Rewers” i „Kant”). Kolejne fantasy o podłożu religijnym – tym razem mamy do czynienia ze światem po biblijnej apokalipsie, która to jednak nie do końca się udała. I to właśnie ten świat – trochę straszny, trochę komiczny – jest najbardziej udanym elementem całości, chociaż główny bohater i jego perypetie także trzymają poziom, nawet jeśli niektóre wątki zmierzają donikąd. Zresztą, seria została chyba bardzo dobre przyjęta, jako że autor wydał także jej prequel, który jednak na MPF się załapać nie zdołał – to jednak, co załapać się zdołało, dostarczyło mi naprawdę sporo frajdy.

I to już wszystko – cała kolekcja omówiona w kilkudziesięciu zdaniach. Jeśli miałbym krótko podsumować jakość opublikowanych w jej ramach książek, to była ona różna – obok bez wątpienia świetnego „Inkwizytora” i bardzo dobrego „Pana Lodowego Ogrodu” były tu też potworki w rodzaju „Achaji” i „Złodzieja Dusz” oraz cała masa pozycji dobrych, średnich i słabych. Zdecydowanie jednak cieszę się, że pojawiła się ona na rynku, gdyż dzięki niej mogłem zapoznać się z szerokim przekrojem polskich autorów fantastyki i zobaczyć, w jak różnych klimatach i stylach potrafią oni pisać. Wam także polecam zainteresować się rodzimymi pisarzami, gdyż rodaków warto wspierać, nawet jeśli żaden z nich nie zyskał międzynarodowej sławy – nawet jeśli część z całą pewnością by na nią zasługiwała.

Opinie


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *