Pokłady


Gry komputerowe

Gry towarzyskie

Kultura

TESGIR
Najlepsze miejsce dla fanów fantastyki

„Mass Effect” vs „Dragon Age” – ranking gier


Dodał dnia 07.07.2018 do Dragon Age (seria), Mass Effect (seria). Brak komentarzy.

Serie „Mass Effect” i „Dragon Age” są jednymi z moich ulubionych cRPGów. Mimo że rozgrywają się w innych settingach, ze względu na wspólne autorstwo (oba cykle wyszły spod klawiatur kanadyjskiego BioWare) można dostrzec między nimi sporo podobieństw, co znalazło zresztą wyraz w ich poprzednim spotkaniu na łamach Tesgiru, w którym porównywałem ze sobą występujących w tych seriach towarzyszy. W niniejszym artykule z kolei chciałbym zająć się poszczególnymi odsłonami obu cyklów i uszeregować je w kolejności od najsłabszej do najlepszej – jest ich w końcu łącznie siedem :). Zapraszam.

Miejsce 7. „Mass Effect: Andromeda”

Ze wszystkich tu wymienionych gier, jedynie „Andromedę” mogę nazwać produkcją słabą, a szkoda, bo byłem na nią potwornie nahajpowany i nawet negatywne opinie pierwszych grających nie przeszkodziły mi w kupieniu jej niedługo po premierze. Niestety, zamiast kolejnej gry wypełnionej dynamiczną akcją, trudnymi wyborami i interesującymi postaciami pobocznymi dostałem produkcję nudną i rozwleczoną, w której wyborów jest parę na krzyż, a postacie poboczne są tak nieciekawe, że ledwie pamiętam ich imiona (jeśli w ogóle je pamiętam). Nie mogę co prawda powiedzieć, bym przy „Andromedzie” nigdy się dobrze nie bawił, w porównaniu do poprzednich „Mass Effectów” wypada ona jednak bardzo słabo i zupełnie nie zapada w pamięć, stąd ostatnie miejsce dla tej właśnie produkcji.

Miejsce 6. „Mass Effect”

Najstarsza z przedstawionych tu gier, co, nie da się, ukryć, ma pewien wpływ na jej niską pozycję. Graficznie nie może konkurować z kolejnymi odsłonami ME (ale już z pierwszymi dwoma DA jak najbardziej), walki są niezbyt dynamiczne, a lokacje powtarzalne i mało szczegółowe. Wciąż jednak trzeba docenić ją za kreację świata przedstawionego (słyszałem wiele opinii, że fabularnie dominuje nad swoimi następcami) oraz wyższe niż później stężęnie cRPGa w cRPGu. W przypadku „Mass Effect” miejsce 6. nie jest więc przejawem słabości gry – to wciąż bardzo porządna produkcja – co po prostu siły konkurentów.

Miejsce 5. „Dragon Age: Inquisition”

W „Inkwizycję” grałem już po przejściu „Andromedy” i podobieństwa pomiędzy tymi grami, o których wtedy słyszałem napawały mnie niejakim przerażeniem. Podchodziłem więc do niej jak pies do jeża, ale kiedy w końcu się przemogłem, okazało się, że niepotrzebnie. Lokacje w grze były rozsądnej wielkości, a konik połykał kolejne kilometry lepiej niż Nomad. Crafting rozwiązano ciekawie, a przy tym pozostał on mechaniką jedynie opcjonalną. Wyborów nie było może wyjątkowo dużo, ale te, przed którymi zostaliśmy postawieni, stawiały nas przed trudnymi dylematami. Przeszkadzały co prawda błędy w zaprojektowaniu systemu rozwoju postaci czy spłycenie taktycznej strony bitew, ale koniec końców trzeci „Dragon Age” okazał się naprawdę solidną i bardzo wciągającą rozgrywką – nigdy nie polubię gier z otwartym lub półotwartym światem jako całości, ale opisywany przypadek jest właśnie tym potwierdzającym regułę.

Miejsce 4. „Dragon Age II”

Zdaję sobie sprawę, że „Dragon Age II” nie cieszy się powszechnym szacunkiem graczy. Zdaję sobie sprawę, że graficznie wygląda tak sobie, a lokacje są powtarzalne. Zdaję sobie sprawę, że ma kupę innych błędów i niedoróbek. A mimo to i tak ją lubię i to nie tak, jak lubi się tzw. „guilty pleasure”, ale cieszy się moją szczerą sympatią – to taki piesek bez nogi, który może być brzydki, kulawy i wybrakowany, ale i tak jest z niego słodziak. Bardzo cenię sobie bowiem mniejszą, lokalną wręcz skalę przedstawionej historii, lubię to, jak dobrze wpisano w nią postacie towarzyszy (mimo że część z nich jest mocno przeciętna) i uwielbiam, jak genialnie opowiedziano ją poprzez przesłuchanie Varrica przez Cassandrę. Niedoróbki gameplayowe nie pozwalają mi postawić jej na podium, ale tuż za nim – jak najbardziej.

Miejsce 3. „Mass Effect 3”

Gra, która poza „Andromedą” zdecydowanie przyprawiła mnie o najwięcej siwych włosów. Wszystkiemu oczywiście winne jest osławione zakończenie, w którym zamiast zwieńczenia trzech gier naszych działań dostaliśmy test jednokrotnego wyboru i różną paletę koloru w outrze. Jednak wszystko, co działo się w „Mass Effect 3” przed ostatnią rozgrywką to mały majstersztyk. Każda lokacja, do której trafimy ma inny klimat, każda misja dostarcza intensywnych wrażeń i niezapomnianych scen, każde spotkanie ze starym towarzyszem przywołuje mocne odczucie nostalgii i przeczucie nieuchronnie zbliżającego się końca przygody – ta gra jak żadna inna potrafiła wpływać na nasze emocje i sam parę razy płakałem rzewnymi łzami, żegnając tego czy innego kompana. A do tego kapitalna mechanika, dynamiczne potyczki i świetny tryb multiplayer. Tylko, jeszcze raz, to cholerne zakończenie!

Miejsce 2. „Dragon Age: Origins”

„Origins” to gra, w której zakochałem się już na etapie czytania instrukcji. Nie jestem z tych, którzy wołają, że wszystko z mechaniką mniej skomplikowaną od D&D to nie cRPG, ale i tak byłem pod wrażeniem rozbudowania i skomplikowania zasad rządzących rozgrywką. Stąd też za pierwszym razem niezbyt powiodło mi się w rozwoju postaci, co przełożyło się na sporą frustrację i potrzebowałem nieco czasu oraz kolejnych podejść, by polubić opisywaną grę – ale kiedy to się stało, wsiąkłem po uszy. Gdy odpowiednio rozwiniemy i uzbroimy swojego awatara i jego towarzyszy, rozgrywka nie jest już tak frustrująco trudna, a jeśli lubimy klasyczne historie o walce dobra ze złem, w której zbiór indywiduów jako zjednoczona przez charyzmatycznego lidera drużyna staje naprzeciw podłym politykom i potężnym smokom, będziemy cholernie ukontentowani. „Dragon Age: Origins” wraz z „Mass Effectem” rozpoczął złoty wiek BioWare’u, a przy tym wytrzymał próbę czasu znacznie lepiej od swojego kuzyna, stąd tak wysoka pozycja w tej klasyfikacji.

Miejsce 1. „Mass Effect 2”

Mała ciekawostka: kiedy za czasów prowadzenia bloga zrobiłem „ustandaryzowany” pojedynek pomiędzy trzema częściami „Mass Effecta”, wyszło mi, że „Mass Effect 2” jest najsłabszą odsłoną serii – zaważył fakt, że „Mass Effect 3” miał lepsze misje i dojrzalszą mechanikę, a „Mass Effect” lepszą fabułę i był bardziej cRPGowy. Jeśli jednak porzucimy liczenie punktów i skupimy się na odczuciach, „Mass Effect 2” jest nie tylko moim ulubionym „Mass Effectem”, ale i cenię go bardziej niż wszystkie „Dragon Age’e”. W grach z tych serii zawsze największą radość sprawiały mi interakcje z towarzyszami, a tutaj mamy ich najwięcej (tak towarzyszy, jak i interakcji), co tworzy klimat podobny do tego obecnego w filmach typu „heist movies”, przez co produkcja zyskała u mnie przydomek „Shepard’s Twelve”. Z czasem nabrałem także sympatii to nieco niezależnej od pozostałych części trylogii fabuły, a chociaż mechanika i potyczki nie są tak dobre jak w trójce, jest i tak lepiej niż w jedynce. Wszystko to wzięte do kupy tworzy chyba moją ulubioną grę „w ogóle” i pewnego zwycięzcę tej klasyfikacji.

Komentarze


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 *